‹‹ poprzedni artykuł   strona główna   następny artykuł ››
Zielone niedziele

Ilekroć myślę o AKS-ie czuję zapach lata i koszonej trawy, zmieszany z zapachem piwa wypitego przez ojca w „Świcie” czy „Pod Stadionem” lub też wonnym aromatem gorzołki niespiesznie polewanej przez widzów siedzących na betonowych stopniach.

Moja bytność na AKS-ie była zawsze niespodziana i zawsze niepełna. Ojciec nie spieszył się na mecz, wchodziliśmy zawsze już po jego rozpoczęciu, nigdy nie płacąc za bilety. Porządkowi na bramie „łykali” bez problemu tekst typu: Bołech na piwie, bilet mom w brifce. Biegłem więc szybko spod bramy, by zobaczyć wynik już - szybko, teraz. Później na mecze prowadził mnie już brat mój jedyny. Spotkania, które widziałem nie były fascynujące. Jakiś trzecioligowy wówczas Bumar Piast Łabędy, Ruch Radzionków, MK Katowice – żadna rewelacja. Zawsze siadałem pod zieloną krytą trybuną. Gdzieś obok weseli panowie sączyli wino, ktoś się opalał krzycząc: sędzia ty łoju!(cytat dosłowny). Zielony zegar odmierzał zielone minuty, w zielonej koszulce Jacek Bednarz ganiał przy linii w swym charakterystycznym dryblingu,  z łysiejącą głową skierowaną w dół. Na bramce stał chorzowski Peter Shilton - wiecznie młody Kansy, gdzieś w polu bodajże Szaleniec, Knas, Gawron (kurcze, jakim cudem ich pamiętam??). Pełne słońce oświetlało pomarańczowy budynek klubowy, stare 11-tki wyły na przystanku, jakieś bajtle siedziały na murze od strony Góry Redena. To zostało mi w pamięci. Taki był „mój” AKS.

Czasem spotykaliśmy wuja Jorga – wciąż wysokiego, elokwentnego staruszka, który przed wojną musiał odznaczać się urodą filmowego amanta. Był on tym typem kibica ze starej gwardii – opów pamiętających złote lata AKS-u i świetność obiektu przy 1-ego Maja. Był on tą częścią rodziny zarażoną fussbalem w kolorze zielonym. Tak więc wuja Jorg, wuja Max, o którym już kiedyś pisałem, do tego mój opapa, wujek Daniel kochający AKS miłością wieczną (myślę, że jego Niebo ma kolor zielony, a niebiańskie łąki są pełne trójlistnych koniczynek), jego brat i mój tata, celebrowali niedzielne mecze AKS-u niczym najświętszą piłkarską ucztę. Ich najlepsze żony (wszystkie żony przymykające oko na meczowy bakcyl mężów są najlepsze), zostawały w domu by pomyć po niedzielnym obiedzie, mężczyźni zaś szli na AKS i oglądali futbol w zielonym wydaniu. Krążyły opowieści, że obok wuja Maxa nikt nie chciał siedzieć, wymachiwał on bowiem laską i pieronowoł ile wlezie. Jak dorobię się laski, będę pełnoprawnym spadkobiercą jego meczowej spuścizny. Tylko stadion i język będzie inny – śląskiego piłkarze już nie rozumieją. Już wiem dlaczego Marcin Zając na Cichej mało biega, wszakże każdy mu ryczy: Lotej Hazok, lotej – teraz mnie oświeciło, On nie rozumie!!.

I tak mężczyźni szli na mecz, kobiety po pomywaniu, znosiły wózki, pakowały dzieci i wychodziły mężom naprzeciw. Wszyscy spotykali się na Górze Redena, gdzie mile spędzano popołudnie, osprawjając jeszcze o meczu i sącząc piwo.

Takie to były zielone niedziele. Takich niedziel już nie doświadczyłem. Nie ma stadionu, nie ma już tych wujów, opapy, taty. Został ozdobny metalowy talerz z koniczynką, z napisem „AKS Chorzów 1910”. Została pamięć po tych, którzy wpajali mi miłość do Zielonych Koniczynek. 22 sierpnia AKS kończy 100 lat. W tym samym dniu przypadają też 101 urodziny mego opapy - kibica, podobno też za bajtla piłkarza „Koniczynek” (na pytanie czy był to jeszcze Verein für Rasenspiele czy już AKS, nikt już mi chyba nie odpowie). Cóż, odżyły wspomnienia. Moje już są nieco jałowe, typowo trzecio- czwartoligowe, może ktoś z Państwa pamięta lepsze czasy stulatka – AKS-u Chorzów?

I na koniec bonusik – złote lata AKS-u, rok1946:


2010-08-22

Dodaj swój komentarz

Nick / imie:
 
Komentarze
Andrzeej S 2010-08-27 15:17:25
Panie Michale bardzo dziękuję za te chwilę wspomnień zwłaszcza że sam grałem w AKS CHORZÓW i to przez okres aż 12-stu lat(kawał czasu)przeszedłem wszystkie szczeble rozgrywkowe od trampkarza na boisku tzw.dolnym (hasioku)aż do seniora na płycie głównej! gdzie dane mi było zagrać w tych zielonych koszulkach razem z takimi zawodnikami jak : KANSY BARCZYK,GEMBOREK,PASZEK,PIETRZAK,KNAS,JELONEK,BEDNARZ,WLECIAŁOWSKI,SZALENIEC,STRÓZIK,ZAJĄC.....I jeszcze kilku z końca lat osiemdziesiątych.Pamiętam też mocno oddanych ludzi takich jak gospodarz obiektu pan PIETRASZEK jak magazynier pan BOJA !!!nawet palacze w kotłowni to byli piłkarze AKS-u z lat świetności klubu (bracia ale uciekły mi ich pseudonimy)ECHCHCH jak się tak pomyśli .......Zresztą sama rocznica mówi sama za siebie AKS CHORZÓW TO WIELKI KAWAŁ HISTORI POLSKIEJ PIŁKI!!! tyle tylko że świat był chyba trochę inny a może my się zmieniliśmy i nie potrafimy pójśc na mecz niższych klas rozgrywkowych. Jak pan wie osobiście dzisiaj pracuję z dziećmi i mam nadzieję że w ten sposób też tworzę historię naszego klubu który obchodził 15.08.2010r 10-cio lecie.Chciałbym bardzo aby moi mali adepci za 20,30 lat mieli mnóstwo świetnych wspomnień związanych z klubem a w trakcie tych wspomnień ściskało im gardło i szkliły się oczy,bo to będzie znaczyło że ktoś zrobił coś dla nich co utkwiło im w pamięci do końca życia !!!Ze sportowym POZDROWIENIEM wierny czytelnik